29 października 2014

Diana Jankiewicz - Hello, Benjamin FW 2014

Nie mam zamiaru ukrywać swojego zamiłowania do rzemiosła i ręcznej pracy. Gdybym tylko mogła, wymieniłabym wszystkie sieciówkowe grzeszki na porządne ubrania i dodatki, które posłużyłyby nie tylko mi, ale trzem kolejnym pokoleniom. Jak to zrobić? Najlepiej zacząć od zakupów u Diany Jankiewicz.
Dobrze skrojone i ze szlachetnych materiałów - te dwie cechy wystarczą, żeby zainteresować mnie danym projektem. U Diany są też ciekawe kampanie, intrygująca kolorystyka (w końcu ktoś pokazał zieleń!) i detale, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Ale markę wyróżniają przede wszystkim piękne płaszcze. Ponadczasowe, eleganckie, szalenie kobiece. Szkoda, że w kolekcji wraca wyłącznie model z ubiegłej jesieni. Na osłodę - w wersji bardzo limitowanej. Każda z 23 sztuk o swojej unikatowości przypomina piękną, skórzaną metką z numerem. Płaszcze aż proszą się o odpowiednią oprawę. Skórzane, ręcznie robione rękawiczki i jedwabna sukienka to propozycja projektantki - mi do szczęścia brakuje jedynie kapelusza z dużym rondem. Idealny zestaw na jesienny spacer teraz... i za kilka lat, bez względu na przemijające trendy. Zastanawiam się tylko, czy nie przeszkadza mi, że kolekcja jest naprawdę skromna - jeden model płaszcza, jeden model sukienki. Kilka kolorów. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej upewniam się w tym, że nad ilość przedkładam jakość.




Diana Jankiewicz - fb

Zdjęcia - Aleksandra Pavoni i Grzegorz Hospod, make up - Magdalena Wińska, włosy - Emilia Skubisz.


22 października 2014

Ania Kuczyńska - Lava FW 2014/15

Gdybym mogła nadać jedną etykietę wszystkim wpisom dotyczącym kolekcji Ani Kuczyńskiej, mogłabym nazwać je po prostu pochwałą perfekcjonizmu. Żadnych ustępstw, kompromisów, udawania. Od koloru paznokci, po grubą frotkę - gumkę do włosów (na dodatek z własnym imieniem - Lou Lou) - wszystko jest dopracowane w najmniejszym szczególe. Nie zaskoczył mnie więc ani piękny pokaz kolekcji Lava (we wnętrzu hotelu Bristol), ani jego przygotowanie, ani tym bardziej same ubrania.

Słowem, którego bardzo nie lubię, a które tak dobrze oddaje charakter kolekcji, z pewnością będzie "sensualność". Chociaż wolę używać dłuższych opisów, bo czy można oprzeć się tym podkreślającym figurę (ale przede wszystkim - osobowość) ubraniom? Szczupłe nogi modelek w cienkich rajstopach i paseczkach ciasno owiniętych wokół kostek, głęboko wycięta bielizna (stworzona razem z La Petit Trou), a nawet dopasowane spodnie, miały w sobie coś perwersyjnego i graniczącego z fetyszem. Przezroczystości pokazywały znacznie więcej niż robiła to krótka sukienka, ale odkryte ciała modelek nie budzą ani wątpliwości, ani kontrowersji - szczególnie w kontekście stanowiących inspirację do Lavy lat 60 i 70.

Wydawałoby się, że fascynacja skromnością kultury protestanckiej stoi w opozycji do kusych spódniczek i szaleństwa z ubiegłego stulecia. Zapięte na ostatni guzik mundurki pojawiały się u Kuczyńskiej w wielu formach, ale mam wrażenie, że dopiero teraz, w zabawie przeciwieństw, w pełni pokazały swoją siłę. Przy kontrastach trudno nie wspomnieć o trochę kiczowatych, ale jednocześnie tak pięknych przezroczystościach we wzorki - od skromnych pasków, po dziewczęce (dziecięce?) gwiazdki. Łącząc je ze szlachetnymi, ciężkimi wełnami we wszystkich możliwych odcieniach czerni (nazywanych Couture Black i Bohemian Black, choć miałam wrażenie, że było ich zdecydowanie więcej), Kuczyńska zręcznie manewruje przeciwieństwami. Tak, jak miesza wśród inspiracji kulturę masową z wysoką. 

Powtarzające się motywy (czy Lava nie kojarzy się na przykład z ... wulkaniczną Stromboli?) i rozwiązania, mają w sobie tyle świeżości, ile tylko lśniące, pękate "Q" może w sobie pomieścić. A może tyle, że to zdecydowanie jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie pokazów sezonu.


Niestety to jedyne zdjęcia z pokazu - wpis zostanie zaktualizowany o fotografie, jak tylko otrzymam informacje prasowe, mam nadzieję, że to tylko zaostrzy apetyt na czarną Lavę :)






ed. Zdjęcia z pokazu - Jakub Pleśniarski

Ania Kuczyńska - www - fb - instagram

20 października 2014

Fanfaronada x Anna Halarewicz

Im dłużej obserwuję rynek polskiej mody, tym bardziej doceniam u projektantów zaangażowanie i... doświadczenie. Jeden, dwa sezony? Wystarczy trochę oszczędności, jeszcze więcej szczęścia i liczne grono znajomych na Facebooku, żeby sprzedać kolekcję w kilka tygodni. Wyobrażacie sobie markę, która funkcjonuje już od 10 lat? Ja cały czas nie mogę w to uwierzyć, przypominając sobie, że 2003 (!) rok. Wtedy nie myślałam jeszcze nawet, że będę znała markę Fanfaronada.
Fanfaronadę darzę szczerą sympatią przede wszystkim za cudownie romantyczną aurę wokół ich najbardziej rozpoznawalnego produktu - tiulowej spódnicy. Ale Daria Salamon, która związana była z Wydziałem Eksperymentalnego Projektowania Odzieży berlińskiej ASP, tworzyła też nieco bardziej zakręcone projekty (w 2009 tak pisała o nich Harel). Działo się dużo, obecnie z szalonych pomysłów przeszliśmy na bardziej codzienną stronę mody, na dodatek raczej kobiecą i romantyczną. Gdy tylko dowiedziałam się o projekcie związanym z wykorzystaniem ilustracji, nie miałam wątpliwości, że do marki pasuje tylko jedno nazwisko - Anna Halarewicz. Kreska, którą rozpoznam nawet ciemną nocą (i kot, któremu mogę publicznie wyznać miłość) idealnie wpasowuje się w to, czym staje się Fanfaronada i estetykę marki. W nowej kolekcji widać większą świadomość klienta. Wymagającego (dlatego poliester z sieciówek zamieniamy na jedwab i skórę naturalną) i ceniącego klasyczne rozwiązania, w których szaleństwo to głównie oryginalne detale. Żeby nie było zbyt słodko, białe wnętrza Trafo (wycieczka do Szczecina obowiązkowa!) dodają modnej ostatnio surowości. Takie połączenie pokazało jedno: że można tworzyć markę bez zadęcia, z pasją i pomysłem. I to od ponad 10 lat! 


Fanfaronada - www - fb - instagram

Zdjęcia - Panna Lu, modeka - Oliwia/Hook, mua - Ania Liczbińska, ilustracje - Anna Halarewicz, miejsce - Trafo.